Tradycja każe umieszczać wszystkie baśniowe królestwa „gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma morzami”. Niestety wiąże się z tym pewien dość istotny problem. Jaki? - spytacie, otóż, dość prozaiczny, wystarczy policzyć baśniowe królestwa…
Z przyczyn technicznych król Krak musiał więc swoje królestwo ulokować nad Wisłą, okolica, nie najgorsza, lepsza od tych slumsów za ósmą górą, do sąsiadów daleko, to i wojen będzie mniej i w ogóle, luz blues i wygoda.
Tak sobie myślał król, przechadzając się któregoś razu po murach swojego nowo wybudowanego (firma Yan Fusher z.o.o. specjalizowała się w budowlach stawianych w jeden dzień) zamku, udając, że nerwowe ruchy zaskoczonych nagłym pojawieniem się króla wartowników, z których jedni gorączkowo poszukują swoich hełmów a drudzy równie gorączkowo starają się ukryć pod hełmami flaszki, nie zwracają jego uwagi.
Jak się jednak okazało, tak dogodna lokalizacja miała swoje braki. Otóż w pobliskiej jaskini, (o czym Krak nie wiedział), mieszkał smok.
Smok wybierając pieczarę z dala od siedmiu gór i mórz, miał nadzieję, na błogi spokój, wyobraźcie sobie więc jego irytację, gdy wyglądając któregoś ranka ze swojej kryjówki zobaczył długi sznur mocno przeładowanych wozów na których widniało koślawo wypisane wielkimi literami:
Smok poświęcił chwilę na odcyfrowanie napisu i zaklął brzydko po smoczemu. „Królestwo, w siarkę jego mać, no niech ja skonam, królestwo, tutaj, co za król palant ostatni wpadł na pomysł osiedlania się tutaj?”, dywagował smok Smog (rodzice Smoka nie byli zbytnio kreatywni).
Tego samego wieczoru, smok postanowił wykurzyć króla, zanim ten na dobre przyzwyczai się do ziemi i zacznie bajdurzyć o honorze rycerskim zamiast ocenić opłacalność inwestycji, bezszelestnie wypełzł ze swojej pieczary i wzbił się w powietrze. Zatoczył pętlę nad królestwem w poszukiwaniu celu po czym najbezczelniej w świecie napaskudził na najwyższą basztę a potem na królewską karetę. Następnie odnalazł stado owiec, za murami zamku, upiekł jedną na miejscu swoim ognistym oddechem i porwał przekąskę do jaskini.
Krak, gdy tylko z rana doniesiono mu o tych wydarzeniach, wpienił się jak lis chory na wściekliznę. Na rycerza, który przyniósł mu wieści, nawrzeszczał tak, że zapluł mu zbroję aż zaczęła rdzewieć, po czym zamknął się w komnacie.
Jeszcze tego samego dnia na wszystkich słupach wisiało ogłoszenie takiej oto treści:
Smiałek, który nafajda smokowi przed wejsciem
do pieczary zostanie sowycie wynagrodzony.
…no cóż, wojna rządzi się własnymi prawami…
Oczywiście, z żądzy nagrody kilku śmiałków postanowiło spróbować szczęścia, ale żaden nie powrócił żywy z bohaterskiej wyprawy, więc wkrótce ludzie przestali się zgłaszać, dochodząc do wniosku, że nagroda nie jest znowu aż tak wysoka.
Smok zaś, nic sobie nie robiąc z gównianych terrorystów, co noc pożerał owce i brudził zamek. w całym bajkowym królestwie podniósł się zupełnie nie bajkowy smród.
Smród dokuczał wszystkim mieszkańcom, opinia publiczna zaczęła coraz bardziej zdecydowanie wywierać naciski na króla, aby ten położył kres zaistniałej sytuacji. Krak bał się jednak posyłać na Smoga swoich doborowych rycerzy, no bo cóż poradzić może taka puszka, która ledwo się rusza, a spadłszy z konia nie podniesie się bez pomocy giermka? Smok potraktuje królewskiego woja jak konserwę!
Nie, Krak wiedział, tu trzeba bohatera.
Tradycyjna wersja tej opowieści (która, spójrzmy prawdzie w oczy, nie wspomina nic o brzydkim obyczaju smoka, a porywać każe mu dziewice1) mówi, że bohaterem okazał się być szewczyk Dratewka, który podstępem zabił smoka.
Tradycyjna wersja nie wspomina o fakcie, że Dratewka znany był w królestwie jako „przyjaciel zwierząt”.
Przyjaciel zwierząt Dratewka pomagał im w potrzebie: uwalniał z sideł sarny i niedźwiedzie, budował karmniki, wieszał budki lęgowe dla ptaków, dawał się kąsać komarom do woli, chronił przed zniszczeniem gniazda szerszeni…
A bujda na resorach! Wcale nie dlatego Dratewka otrzymał swój przydomek… Szewczyka nazywano przyjacielem zwierząt, gdyż wprost kochał on wszelką faunę…
No dobrze, jaśniej? Szewczyk Dratewka był zoofilem.
Złapanego w sidła misia najpierw chytrze usypiał, potem wykorzystywał i dopiero potem puszczał wolno, podobnie sprawa miała się z sarnami, nie przepuścił też żadnej okazji by dopaść gniazdo szerszeni i… dobrze, zostawmy to waszej wyobraźni, nawet szerszenie były zbyt zakłopotane by o tym mówić.
W każdym razie, gdy tylko Szewczyk dowiedział się o pojawieniu się w królestwie smoka, zapragnął… smoka. Wiedząc, że nie pójdzie łatwo, uknuł szalenie chytry plan.
Wziął owcę… ekhm…
Zabitą owcę wypchał trocinami, siarką… lubczykiem, ostrygami z czekoladą, awokado, truskawkami, kawiorem, orzechami włoskimi, suszonymi owocami, nasionami powoju i miłorzębu, słowem, każdym znanym mu afrodyzjakiem, na koniec dorzucił butelkę szampana i tak przygotowaną minę odurzająco-miłosną zostawił podpartą kołkiem przed wejściem do pieczary smoka.
Smog, nęcony intensywnym zapachem pożarł atrapę razem z kołkiem po czym poczuł dziwną błogość i zemdlał. Dratewka tylko na to czekał…
Następnego dnia smoka już nie było, gdy tylko oprzytomniał wyniósł się jak nie pyszny gdzieś daleko za siódmą górę, gdzie ludzie przynajmniej grali fair i gdzie nikt go nie znał. Królowi oczywiście doniesiono o wszystkim… Szewczyka-sodomitę, wynagrodzono sowicie, po czym nałożono nań podatek dwustu procentowy i jako niewypłacalnego dłużnika natychmiast ścięto. Całą sprawę prędko zatuszowano i wszystkie niedźwiedzie w królestwie odetchnęły z ulgą. O przyjacielu zwierząt prędko zapomniano, królestwo bez smoka, w końcu mogło zaciągnąć się świeżym powietrzem.
Morał na koniec: przydomki, nie biorą się z nikąd.
1 Tak jakby smok miał skąd porywać dziewice, nawet w bajkowym królestwie łatwiej o jednorożca.
Miś polarny na pustyni, słonko operuje niemiłosiernie morderczymi promieniami, żar płynnym ogniem leje się z nieba. Miś wzdycha ciężko, bezskutecznie próbuje otrzepać z piasku swoje białe niegdyś futerko, w końcu poddaje się i podejmuje wędrówkę w kierunku, który uznaje za słuszny, łapka za łapką wlecze się przez gorące piaski.
„Skąd u licha ciężkiego miś polarny na pustyni?”, spytacie. Ano, prawda jest taka, że właściwie to nie jest to taka sobie pustynia, ta wielka połać piasku zwie się Arktyką, tylko się klimat trochę zmienił.
Wieczór, przy ognisku próbuje się ogrzać grupa Rastafarian, wieczory na pustyni są chłodne, noce są lodowate, gdyby jeszcze dni były podobne, klimat byłby do zniesienia, niestety prawda jest inna. Morale wyznawców boga Jah podupada, trawka skończyła się jakiś czas temu, zapasy wody są na wyczerpaniu, w dodatku w oczy zagląda im widmo głodu. Dzisiejsza kolacja, jakiś kolczasty krzak o liściach, którymi nawet nie dało się porządnie zaciągnąć, nie była specjalnie sycąca. Co gorsza, kompas oszalał i za nic nie chce pokazywać jednego kierunku. Z powodu kompasu wybuchają zresztą sprzeczki, że należało zawczasu przehandlować go za trawkę, skoro i tak jest bezużyteczny. Dookoła, jak rzucić beretem, nie widać nic co dawałoby nadzieję, że wszechobecny piasek nie ciągnie się w nieskończoność. Krajobraz zdecydowanie nie przypomina krainy trawką i reggae płynącej, którą obiecał im ten dziwny gość… Gee’zass, czy jak tam kazał się nazywać. Odkąd skończyły się pety zniknął, a mapa, którą im zostawił z dnia na dzień coraz bardziej przypomina plakat festiwalu reggae.
Piasek, gdzie tylko spojrzeć piasek, żółty, sypki, wdzierający się wszędzie: do oczu, do butów, do jedzenia, nawet do worków z piaskiem, trzymanych na wypadek deficytu (w obliczu licznych braków grupa postanowiła zrobić zapasy na czarną godzinę, nie potrafili sobie wyobrazić co by zrobili, gdyby nagle na środku pustyni zabrakło im także i piasku). Skąd go się tu tyle wzięło, na kontynencie, który niegdyś skuty był lodem? Banalna, i właściwie prawdziwa odpowiedź brzmi: „przywiało wiatrem”, pytanie: „dlaczego tak się stało?” pozostaje wciąż bez odpowiedzi. Może to efekt od dawna zapowiadanych zmian klimatycznych, a może jakiś szalony naukowiec wykupił Arktykę i postanowił zgromadzić na niej jak najwięcej piasku, żeby móc zmonopolizować produkcję szkła i w ten sposób przejąć władzę nad światem?
…no bo wyobraźcie sobie życie bez butelek, kieliszków, żarówek, szyb, i tych słodkich małych szklanych słoników…
Nie jest to jednak aż tak istotne dla naszej historii. Spójrzmy, na horyzoncie pojawia się jeszcze jedna postać. Niezmierzone połacie arktycznego piachu przemierza śladem grupy naszych znajomych zawodowy morderca…
Morderca klnie etykietę zawodową, w jego branży człowiek musi ubierać się na czarno, w końcu trzeba mieć styl. Morderca klnie, bo musi szukać na pustyni szalonego naukowca (pracodawcy naszego „kilera” już dawno przestali odróżniać fakty od hipotez). Grupa za którą idzie od kilku dni nie wydaje się być lepiej zorientowana w terenie niż on, ale przynajmniej zapewnia rozrywkę. Przez pierwsze dwa dni, zbierał po nich niedopałki jakichś dziwnych petów, nie smakowały mu, ale piasek robił się po nich bardziej kolorowy.
Fatamorgana? Nie… tu, pośrodku pustynnej pustki rośnie wielkie drzewo, baobab, jak zdołał przetrwać w tych warunkach pozostanie zagadką. Przy tym drzewie nieoczekiwanie spotykają się wszyscy nasi bohaterowie.
Rastafarianie, biały niedźwiedź, płatny morderca, wspólnie padają na piasek w cieniu wielkiej korony. To drzewo jest ich ratunkiem i wybawicielem, musi mieć dostęp do wody, znajdą ją, jego liście i kora wydają się jadalne, nikt nie będzie się długo wahać żeby spróbować, przeżyją jeszcze trochę, to jedno się liczy.
Lud porzucony przez boga na pustyni, niewinna ofiara zmian klimatycznych, człowiek, który nigdzie nie pasuje, pod tym baobabem, tu, na środku pustyni są tacy sami, dzieci tego samego drzewa…
…drzewa, do którego pnia przyczepiono kartkę… ?
„wybrani by oglądać koniec świata proszeni są o zwrócenie wzroku na niebo, pozdrawiam, Janek”Koniec świata… a więc tak to wygląda… Na niebie, na tle tarczy słonecznej z każdą chwilą co raz wyraźniej widać punkt. Punkt szybko się zwiększa i wkrótce przesłania znaczną część tarczy. Wkrótce asteroida o średnicy kilku kilometrów zderzy się z Ziemią. Zebrani na pustyni patrzą w milczeniu półgłosem wymieniając uwagi, niedaleko nich jakaś para rozkłada koc na piasku pod drzewem. Chłopak zwraca się do dziewczyny: „mówiłem, że nie będzie transmisji, patrz, ani jednej kamery, a poza tym, oglądać apokalipsę w telewizji, to nie to samo”
… bo jeśli już ma nastąpić koniec świata, to chyba chciałbyś zobaczyć go na własne oczy?... w końcu taka okazja trafia się tylko raz…
