Archiwum
; 2008
listopad
kwiecień
2007
listopad
październik
sierpień
lipiec
maj
luty
styczeń
2006
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
styczeń
2005
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
2004
grudzień
listopad
sierpień
lipiec
styczeń
2003
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj

Linki
; Znajome blogi
Magda... alias Panna Petersburg :D to właśnie ona, to właśnie jej blog
Magda z 3d blog Magdy...może być...
Jula blog mojej best friendki, czy co tam iskrzy między nami.... :P :D
kolejny blog Juli tym razem w konwencji dark....właściwie to DARK
trzeci blog (jak na razie ostatni) Jula...daj spokój nawet tam nie zaglądasz...
Fethora alias Ruda alias taka jedna..... obym tylko nie pomylił się w adresie

Stronki do odwiedzin
Faaajne coś no normalnie wyyygięęęęteee
Error 404 zwierzenia pewnego servera... aż się plakać chcę...
...Hasacze.... pohasaj sobie...
Killfrog (ludziom o słabych nerwach wstęp wzbroniony) sadystyczna stronka pełna kreskówek gier itp...
Gierka po prostu biegnij!!
Robaczek (przykra sprawa) HEHEHE..BIDACZEK ROBACZEK
Flashe, flashe więęęęęceeej flashy flaszówki ^_^ niektóre nawet śmieszne



2008-11-05 16:38:05 >> Bajka dla grzecznych fanów - jeśli jeszcze ktokolwiek tu zagląda - wybaczcie!!

„Towarzystwo, przygody i stal przeciwko stali. Oto jak powstają legendy! Prawda, Boo?”
Minc: Baldurs Gate

Tradycja każe umieszczać wszystkie baśniowe królestwa „gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma morzami”. Niestety wiąże się z tym pewien dość istotny problem. Jaki? - spytacie, otóż, dość prozaiczny, wystarczy policzyć baśniowe królestwa…

Z przyczyn technicznych król Krak musiał więc swoje królestwo ulokować nad Wisłą, okolica, nie najgorsza, lepsza od tych slumsów za ósmą górą, do sąsiadów daleko, to i wojen będzie mniej i w ogóle, luz blues i wygoda.

Tak sobie myślał król, przechadzając się któregoś razu po murach swojego nowo wybudowanego (firma Yan Fusher z.o.o. specjalizowała się w budowlach stawianych w jeden dzień) zamku, udając, że nerwowe ruchy zaskoczonych nagłym pojawieniem się króla wartowników, z których jedni gorączkowo poszukują swoich hełmów a drudzy równie gorączkowo starają się ukryć pod hełmami flaszki, nie zwracają jego uwagi.

Jak się jednak okazało, tak dogodna lokalizacja miała swoje braki. Otóż w pobliskiej jaskini, (o czym Krak nie wiedział), mieszkał smok.

Smok wybierając pieczarę z dala od siedmiu gór i mórz, miał nadzieję, na błogi spokój, wyobraźcie sobie więc jego irytację, gdy wyglądając któregoś ranka ze swojej kryjówki zobaczył długi sznur mocno przeładowanych wozów na których widniało koślawo wypisane wielkimi literami:

Gretta i synowie: Przepowadzki

Obsługujemy basinjowe królestva

Smok poświęcił chwilę na odcyfrowanie napisu i zaklął brzydko po smoczemu. „Królestwo, w siarkę jego mać, no niech ja skonam, królestwo, tutaj, co za król palant ostatni wpadł na pomysł osiedlania się tutaj?”, dywagował smok Smog (rodzice Smoka nie byli zbytnio kreatywni).

Tego samego wieczoru, smok postanowił wykurzyć króla, zanim ten na dobre przyzwyczai się do ziemi i zacznie bajdurzyć o honorze rycerskim zamiast ocenić opłacalność inwestycji, bezszelestnie wypełzł ze swojej pieczary i wzbił się w powietrze. Zatoczył pętlę nad królestwem w poszukiwaniu celu po czym najbezczelniej w świecie napaskudził na najwyższą basztę a potem na królewską karetę. Następnie odnalazł stado owiec, za murami zamku, upiekł jedną na miejscu swoim ognistym oddechem i porwał przekąskę do jaskini.

Krak, gdy tylko z rana doniesiono mu o tych wydarzeniach, wpienił się jak lis chory na wściekliznę. Na rycerza, który przyniósł mu wieści, nawrzeszczał tak, że zapluł mu zbroję aż zaczęła rdzewieć, po czym zamknął się w komnacie.

Jeszcze tego samego dnia na wszystkich słupach wisiało ogłoszenie takiej oto treści:

Smiałek, który nafajda smokowi przed wejsciem

do pieczary zostanie sowycie wynagrodzony.

…no cóż, wojna rządzi się własnymi prawami…

Oczywiście, z żądzy nagrody kilku śmiałków postanowiło spróbować szczęścia, ale żaden nie powrócił żywy z bohaterskiej wyprawy, więc wkrótce ludzie przestali się zgłaszać, dochodząc do wniosku, że nagroda nie jest znowu aż tak wysoka.

Smok zaś, nic sobie nie robiąc z gównianych terrorystów, co noc pożerał owce i brudził zamek. w całym bajkowym królestwie podniósł się zupełnie nie bajkowy smród.

Smród dokuczał wszystkim mieszkańcom, opinia publiczna zaczęła coraz bardziej zdecydowanie wywierać naciski na króla, aby ten położył kres zaistniałej sytuacji. Krak bał się jednak posyłać na Smoga swoich doborowych rycerzy, no bo cóż poradzić może taka puszka, która ledwo się rusza, a spadłszy z konia nie podniesie się bez pomocy giermka? Smok potraktuje królewskiego woja jak konserwę!

Nie, Krak wiedział, tu trzeba bohatera.

Tradycyjna wersja tej opowieści (która, spójrzmy prawdzie w oczy, nie wspomina nic o brzydkim obyczaju smoka, a porywać każe mu dziewice1) mówi, że bohaterem okazał się być szewczyk Dratewka, który podstępem zabił smoka.

Tradycyjna wersja nie wspomina o fakcie, że Dratewka znany był w królestwie jako „przyjaciel zwierząt”.

Przyjaciel zwierząt Dratewka pomagał im w potrzebie: uwalniał z sideł sarny i niedźwiedzie, budował karmniki, wieszał budki lęgowe dla ptaków, dawał się kąsać komarom do woli, chronił przed zniszczeniem gniazda szerszeni…

A bujda na resorach! Wcale nie dlatego Dratewka otrzymał swój przydomek… Szewczyka nazywano przyjacielem zwierząt, gdyż wprost kochał on wszelką faunę…

No dobrze, jaśniej? Szewczyk Dratewka był zoofilem.

Złapanego w sidła misia najpierw chytrze usypiał, potem wykorzystywał i dopiero potem puszczał wolno, podobnie sprawa miała się z sarnami, nie przepuścił też żadnej okazji by dopaść gniazdo szerszeni i… dobrze, zostawmy to waszej wyobraźni, nawet szerszenie były zbyt zakłopotane by o tym mówić.

W każdym razie, gdy tylko Szewczyk dowiedział się o pojawieniu się w królestwie smoka, zapragnął… smoka. Wiedząc, że nie pójdzie łatwo, uknuł szalenie chytry plan.

Wziął owcę… ekhm…

Zabitą owcę wypchał trocinami, siarką… lubczykiem, ostrygami z czekoladą, awokado, truskawkami, kawiorem, orzechami włoskimi, suszonymi owocami, nasionami powoju i miłorzębu, słowem, każdym znanym mu afrodyzjakiem, na koniec dorzucił butelkę szampana i tak przygotowaną minę odurzająco-miłosną zostawił podpartą kołkiem przed wejściem do pieczary smoka.

Smog, nęcony intensywnym zapachem pożarł atrapę razem z kołkiem po czym poczuł dziwną błogość i zemdlał. Dratewka tylko na to czekał…

Następnego dnia smoka już nie było, gdy tylko oprzytomniał wyniósł się jak nie pyszny gdzieś daleko za siódmą górę, gdzie ludzie przynajmniej grali fair i gdzie nikt go nie znał. Królowi oczywiście doniesiono o wszystkim… Szewczyka-sodomitę, wynagrodzono sowicie, po czym nałożono nań podatek dwustu procentowy i jako niewypłacalnego dłużnika natychmiast ścięto. Całą sprawę prędko zatuszowano i wszystkie niedźwiedzie w królestwie odetchnęły z ulgą. O przyjacielu zwierząt prędko zapomniano, królestwo bez smoka, w końcu mogło zaciągnąć się świeżym powietrzem.

Morał na koniec: przydomki, nie biorą się z nikąd.

1 Tak jakby smok miał skąd porywać dziewice, nawet w bajkowym królestwie łatwiej o jednorożca.


skomentuj (4)




2008-04-01 21:26:39 >> knedle w powidle

Miś polarny na pustyni, słonko operuje niemiłosiernie morderczymi promieniami, żar płynnym ogniem leje się z nieba. Miś wzdycha ciężko, bezskutecznie próbuje otrzepać z piasku swoje białe niegdyś futerko, w końcu poddaje się i podejmuje wędrówkę w kierunku, który uznaje za słuszny, łapka za łapką wlecze się przez gorące piaski.

„Skąd u licha ciężkiego miś polarny na pustyni?”, spytacie. Ano, prawda jest taka, że właściwie to nie jest to taka sobie pustynia, ta wielka połać piasku zwie się Arktyką, tylko się klimat trochę zmienił.

Wieczór, przy ognisku próbuje się ogrzać grupa Rastafarian, wieczory na pustyni są chłodne, noce są lodowate, gdyby jeszcze dni były podobne, klimat byłby do zniesienia, niestety prawda jest inna. Morale wyznawców boga Jah podupada, trawka skończyła się jakiś czas temu, zapasy wody są na wyczerpaniu, w dodatku w oczy zagląda im widmo głodu. Dzisiejsza kolacja, jakiś kolczasty krzak o liściach, którymi nawet nie dało się porządnie zaciągnąć, nie była specjalnie sycąca. Co gorsza, kompas oszalał i za nic nie chce pokazywać jednego kierunku. Z powodu kompasu wybuchają zresztą sprzeczki, że należało zawczasu przehandlować go za trawkę, skoro i tak jest bezużyteczny. Dookoła, jak rzucić beretem, nie widać nic co dawałoby nadzieję, że wszechobecny piasek nie ciągnie się w nieskończoność. Krajobraz zdecydowanie nie przypomina krainy trawką i reggae płynącej, którą obiecał im ten dziwny gość… Gee’zass, czy jak tam kazał się nazywać. Odkąd skończyły się pety zniknął, a mapa, którą im zostawił z dnia na dzień coraz bardziej przypomina plakat festiwalu reggae.

 

Piasek, gdzie tylko spojrzeć piasek, żółty, sypki, wdzierający się wszędzie: do oczu, do butów, do jedzenia, nawet do worków z piaskiem, trzymanych na wypadek deficytu (w obliczu  licznych braków grupa postanowiła zrobić zapasy na czarną godzinę, nie potrafili sobie wyobrazić co by zrobili, gdyby nagle na środku pustyni zabrakło im także i piasku). Skąd go się tu tyle wzięło, na kontynencie, który niegdyś skuty był lodem? Banalna, i właściwie prawdziwa odpowiedź brzmi: „przywiało wiatrem”, pytanie: „dlaczego tak się stało?” pozostaje wciąż bez odpowiedzi. Może to efekt od dawna zapowiadanych zmian klimatycznych, a może jakiś szalony naukowiec wykupił Arktykę i postanowił zgromadzić na niej jak najwięcej piasku, żeby móc zmonopolizować produkcję szkła i w ten sposób przejąć władzę nad światem?

 

…no bo wyobraźcie sobie życie bez butelek, kieliszków, żarówek, szyb, i tych słodkich małych szklanych słoników…

 

Nie jest to jednak aż tak istotne dla naszej historii. Spójrzmy, na horyzoncie pojawia się jeszcze jedna postać. Niezmierzone połacie arktycznego piachu przemierza śladem grupy naszych znajomych zawodowy morderca…

 

Morderca klnie etykietę zawodową, w jego branży człowiek musi ubierać się na czarno, w końcu trzeba mieć styl. Morderca klnie, bo musi szukać na pustyni szalonego naukowca (pracodawcy naszego „kilera” już dawno przestali odróżniać fakty od hipotez). Grupa za którą idzie od kilku dni nie wydaje się być lepiej zorientowana w terenie niż on, ale przynajmniej zapewnia rozrywkę. Przez pierwsze dwa dni, zbierał po nich niedopałki jakichś dziwnych petów, nie smakowały mu, ale piasek robił się po nich bardziej kolorowy.

 

Fatamorgana? Nie… tu, pośrodku pustynnej pustki rośnie wielkie drzewo, baobab, jak zdołał przetrwać w tych warunkach pozostanie zagadką. Przy tym drzewie nieoczekiwanie spotykają się wszyscy nasi bohaterowie.

Rastafarianie, biały niedźwiedź, płatny morderca, wspólnie padają na piasek w cieniu wielkiej korony. To drzewo jest ich ratunkiem i wybawicielem, musi mieć dostęp do wody, znajdą ją, jego liście i kora wydają się jadalne, nikt nie będzie się długo wahać żeby spróbować, przeżyją jeszcze trochę, to jedno się liczy.

Lud porzucony przez boga na pustyni, niewinna ofiara zmian klimatycznych, człowiek, który nigdzie nie pasuje, pod tym baobabem, tu, na środku pustyni są tacy sami, dzieci tego samego drzewa…

 

…drzewa, do którego pnia przyczepiono kartkę… ?

 wybrani by oglądać koniec świata proszeni są o zwrócenie wzroku na niebo, pozdrawiam, Janek” 

Koniec świata… a więc tak to wygląda… Na niebie, na tle tarczy słonecznej z każdą chwilą co raz wyraźniej widać punkt. Punkt szybko się zwiększa i wkrótce przesłania znaczną część tarczy. Wkrótce asteroida o średnicy kilku kilometrów zderzy się z Ziemią. Zebrani na pustyni patrzą w milczeniu półgłosem wymieniając uwagi, niedaleko nich jakaś para rozkłada koc na piasku pod drzewem. Chłopak zwraca się do dziewczyny: „mówiłem, że nie będzie transmisji, patrz, ani jednej kamery, a poza tym, oglądać apokalipsę w telewizji, to nie to samo”

 

… bo jeśli już ma nastąpić koniec świata, to chyba chciałbyś zobaczyć go na własne oczy?... w końcu taka okazja trafia się tylko raz…



skomentuj (2)




2007-11-30 23:01:57 >> dziś tylko moje skromne dzieło


koszmarek z dzieciństwa ;P
skomentuj (2)




2007-11-06 22:46:10 >> dziś o pieszych...

czyli problem poruszania się po ulicach naszego pięknego Miasta Stołecznego Warszawy... no tak, o chodniki też zahaczymy, ale to za chwilę, najpierw ulice...

Ulice, jak pewnie niektórzy z was zauważyli, są generalnie środowiskiem pieszym nieprzyjaznym. Wpływ na to ma duża liczba samochodów, których kierowcy z uporem maniaka starają się zmusić pieszych do zejścia z jezdni. Mają na to kilka klasycznych sposobów:

- trąbią i strasznie nas tym wkurwiają, to w końcu bardzo nietatkowne, tak trąbić...
- zatrzymują się z piskiem opon tuż przed pieszym, co jest jeszcze większym nietaktem niż trąbienie
- potrącają, przejeżdżają, wgniatają pieszych w przystanki autobusowe, okoliczne słupy ogłoszeniowe, śmietniki itd. itp.... to już prawdziwe faux pas

przed ostatnim sposobem niema szczególnie dobrej strategii obrony poza ucieczką, należy jednak zwrócić uwagę, że chcąc zaprotestować przeciwko monopolowi kierowców na jezdnię i dając się przejechać nie mamy pewności, że nasze ciało nie wyląduje na chodniku... zatem nie warto próbować.

Pieszym pozostaje zatem poruszać się po smutnych białoczarnych strefach zwanych przejściami, gdzie, teoreytcznie przynajmniej, nikt niema prawa nas przejechać.

****

Chodniki:
z chodnikami sprawa wygląda inaczej, tu bowiem spotykamy najczęściej innych pieszych, niestety z uwagi nato, że od czasu wprowadzenia ulic chodniki zostały mocno przycięte, gęstość pieszych na chodniku mocno się zwiększyła, innymi słowy, ciasno się zrobiło...

Skutki są takie, że o przejściu się chodnikiem w godzinach szczytu, przejściu dumnym, swobodnym i wolnym raczej nie ma mowy. Ewentualne próby prowadzą do licznych kolizji, potrąceń, nieprzyjaznych spojrzeń, agresji werbalnej a w skrajnych przypadkach do aktów przemocy... niefajnie...

Co w takiej sytuacji pozostaje zrobić? Otóż jakoś nikt dotąd nie zwrócił uwagi, że przestrzeń powietrzna od wysokości ok 2,5 m do wysokości nisko przelatującego bombowca jest wolna!!
Zatem jedyne możliwe rozwiązanie nasuwa się samo, ja swoją naukę latania zaczynam od jutra, wam radzę zrobić to samo ;-> niech żyje wolność i swoboda!!
skomentuj (2)




2007-10-04 22:58:17 >> pół wiadra zwyczajnie nie działa...

Weź studnię, nie wskakuj! nie chcemy żebyś doznał poważniejszych obrażeń, teraz zastanów się chwilę. Masz studnię, pełno w niej wody, możesz podlewać roślinki, myć się, pić (po przegotowaniu i naświetleniu wody ultrafioletem), puszczać bańki mydlane (a spróbuj bez wody cwaniaku!), oblewać koleżanki wiadrem wody a w ostateczności gapić się w swoje odbicie na dnie studni... narcyz ;-]
ale nie wszyscy mają tak dobrze!!
Tobie się powiodło, a ten patałach obok nie ma swojej studni, więc wciąż przychodzi korzystać z Twojej. Ponieważ to nieco krępująca sytuacja postanawiasz zdbyć się na dość szlachetny gest i oddać mu połowę studni... wzruszające...

Pomijając wszelkie trudności techniczne, udaje wam się przenieść pół studni na jego teren, teraz obaj jesteście szczęśliwi ale... macie tylko jedno wiadro...

W efekcie sytuacja właściwie się nie zmieniła, tylko twój przyjaciel (skoro byłeś skłonny oddać mu pół studni, która daje Ci tyle radości) co raz przychodzi i pożycza wiadro... zdarza się, że nie przynosi go spowrotem i musisz się po nie fatygować sam...

Sytuacja jest krępująca, trudno oblewać koleżankę we dwóch jednym wiadrem, ten problem spędza Ci sen z powiek aż wreszcie wpadasz na "genialny" pomysł!
W efekcie wdrożenia pomysłuw czyn otrzymujesz dwa pół-wiadra...

Dumny dajesz jedno przyjacielowi usmiech radości na jego twarzy zamiera i zmienia się w wyraz konsternacji...

...bo o ile pół studnie działają znakomicie...

... siedząc na dnie pół-studni (nie ważne której, zamyślony przeklinasz swoją bezinteresowność...

cholera, myślisz... pół wiadra zwyczajnie nie działa...
skomentuj (2)




2007-08-24 22:44:05 >> spóźnione relacje

postanowiłem wrzucić resztę moich relacji z dalekiej Kanady ^^ co prawda spóźnioną, ale zawsze coś do czytania, enjoy :D

pora na kolejna czesc mojego transoceanicznego trucia

AQUAPARC - CANADIAN STYLE
15/07/2007 05:07 jakies 60 km od Montrealu jest najfajniejszy, najwiekszy i najbardziej zajebisty park wodny w prowincji Quebecu. Coz tu opisywac: zjezdzalnie, wiecej zjezdzalni, basen z falami morskimi, zjezdzalnie z pontonami (jedno, dwu lub czteroosobowymi), oprocz tego plaza na ktorej mozna sie opalic lub spalic, to drugie mi sie udalo... auc...

punkt drugi wycieczki ogrod botaniczny i tzw. biodome, biodome to takie cos w rodzaju zoo.

punkt kolejny: stare miasto Montrealu, ktore wyglada jak kazde inne stare miasto: kolorowe uliczki pelne straganow gdzie turysci moga kupic sobie bibeloty albo machnac w 20 minut karykature wlasnej turystycznej facjaty. Calosc zawsze bedzie mi sie kojarzylo chyba z czyms co nazywaja Queue de Castor, czyli bobrzy ogon
Ow bobrzy ogon okazuje sie byc gofrowym ciachem serwowanym w kilku wiariantach:
z syropem klonowym
z czekolada
z bananami i czekolada
z cynamonem i cukrem
z orzechami czekolada jablkami i syropem klonowym
generalnie z czym dusza zapragnie ale zawsze na slodko
****
NIAGARA, CZYLI TAM I SPOWROTEM:
20/07/2007 06:31 OURAJT!! back from Niagara falls!
no prosze was, tu to dopiero do opisywania bedzie...

punkt pierwszy: tysiac wysp czyli jak nasz przewodnik z uporem maniaka wymawial "souzend ajland"... dlaczego tysiac? bo brzmi to lepiej niz tysiac osiemset szescdziesiat piec wysp ^^ byloby wiecej gdyby nie surowe warunki jakie musi spelniac wyspa by zasluzyc na swoje miano. Warunki sa dwa wyspa:
- musi wystawac nad powierzchnie wody przez okragly rok
- musi byc domem dla przynajmniej jednego drzewa lub krzaczka
Skoro juz wyspa jest wyspa, mozna ja odkupic od rzadu (zostalo im jakies 55 reszta jest w rekach prywatnych), wystarczy skromne
2 miliony dolarow, potem mozna juz budowac dom i takie tam...
Chalupy jakie tam stoja sa wprost pikne (skoro kogos juz stac na wyspe...) Warto tez zobaczyc najkrotszy most miedzynarodowy dlugosci 5 metrow laczacy wyspy z ktorych jedna nalezy do Kanady a druga jest juz w Stanach.

skoro juz wyspy zostawimy za soba to czas na odwiedziny w Toronto, przy odrobinie "szczescia" uda nam sie nawet spedzic "chwile" w tutejszym korku na 5 600 000 mieszkancow miasto ma 5 000 000 samochodow... sporo, tu krotki objazd, ogladamy ratusz, parlament a potem czeka nas wjazd na najwyzszy budynek swiata czyli CN Tower, fajna sprawa, zadni wrazen moga sobie poskakac po przeszklonym kawalku podlogi, niestety wystarczajaco solidnej, jak dotad...; -) z wierzy spadamy jakies 7-8 sekund (winda prawie minute) i kierujemy sie ku wodospadom

nad wodospadami czeka nas pare atrakcji, mozna je zobaczyc podswietlone noca, z wierzy obserwacyjnej a takze calkiem z bliska, podplywajac statkiem (FUN!!) :D wodospady sa przepiekne, monumentalne i iscie zajebiste... aha, sa trzy ^^ amerykanski kanadyjski i jakis tam ^^... kto go tam wie...

opusciwszy miasteczko Niagara Falls jedziemy do Marinelandu, takiego zajebistego parku rozrywki z najwiekszym rollercoasterem w Ameryce polnocnej :D:D:D... no i wystepuja tez delfiny, fakt...
*****
SKANSENY I INNE STAROCIE:
25/07/2007 17:34 coz, musze z przykroscia doniesc ze moja nieobecnosc w stronach rodzinnych powoli, acz nieubuagalnie dobiega konca ^^ powrot nastapi 27 jakos tak... "rano"
nie przewiduje wiecej atrakcji do opisywania, wiec tylko nadrobie ubytek kilu ostatnich dni...

na dni ostatnie skladaja sie wycieczki do skansenu (fantastyczny, stary i o dziwo suchy) i Ottawy czyli plaskiej stolicy Kanady!!
skansen jak skansen wioska wybudowana tak zeby wygladala staro z aktorami paletajacymi sie tu i owdzie w strojach z epoki... normalka

Ottawa zas wita nas zadziwiajaco plaska zabudowa, ogladamy ladne centrum i udajemy sie pod budynek parlamentu obejrzec zmiane warty, wycieczka po samym parlamencie tak iscie typowa ze sobie daruje jej opisywanie; ->
skoro wylalowalismy juz w Ottawie to warto odwiedzic muzeum cywilizacji celem zapoznania sie z... historia Kanady zieew? nie do konca, nawet nie takie nudne jak na muzeum xD momentami przypomina skansen, mozna przejsc sie po zrekonstruowanych starych ulicach, obejrzec autentyczne wielkie totemy indianskie (Jedi Henryk byl zaintrygowany) i takie tam... ah, no i maja IMAX-a; -P
******
DROGA POWROTNA:
27/07/2007 18:19 w drodze powrotnej uświadomiłem sobie, że nie napisałem nic o podróży tam i spowrotem... otóż wyglądało to tak:
niestety brak bezpośredniego połączenia Warszawa - Montreal, jedynym wyjściem jest skorzystanie z usług linii szwajcarskich czyli z Warszawy do Zurichu i przesiadka do Montrealu, ciekawostką jest, że wszystkie kraje na trasie mają flagi w tych samych kolorach...

sama podróż nawet komfortowa, o ile chodzi o połączenie Zurich-Montreal, kino pokładowe, ciepłe żarcie, obiadek z deserem, kolacja i takie tam. I tu namalujemy sobie arcyzabawną scenę.
Pora kolacji, na dwóch sąsiadujących siedzeniach usadzimy Cyrana i Pasażera i porównamy ich reakcje; -)
Kolacja składa się z rogalika, jogurtu, dżemu truskawkowego, masła, soku pomarańczowego i herbaty/kawy

Cyran rozpoczyna posiłek od pożarcia rogalika (na sucho!), Pasażer zaś, spokojnie szamie swój jogurt. Cyran rzuca się na jogurtowy przysmak i z prawdziwym zadziwieniem widzi jak Pasażer KROI rogalik na pół i smaruje go dżemem...
Skonsternowany Cyran kończy jogurt i wyżera truskawkowy przysmak łyżką. Pasażer pije swój sok i zabiera się do herbaty, Cyran przystępuje do otwarcia soku...
Trzeba tu dodać że opakowanie soku ma postać kubeczka od góry zamkniętego folią... folia okazuje się być odporna na wszelkie zabiegi otwierające, zdesperowany Cyran sięga po nóż... dziura w wiekszu załatwia sprawę, Pasażer w tym czasie spokojnie pije herbatę...
Chwilę później Pasażer sięga po serwetkę i wyciera nią usta, Cyran sięga po serwetkę i wyciera nią spodnie...

...Może wystarczy tego samoupokażania się... moja relacja z podróży do Kanady oficjalnie dobiega końca!
skomentuj (0)




2007-07-10 05:30:40 >> Quebec!!

dzien dzisiejszy czyli wypad do Quebecu:
miasto Quebec okazalo sie byc stare...
... i malownicze
... i historyczne
... i cholernie mokre - -' caly dzien w deszczu,
ale to luzik, jak to mawiaja, moglo byc gorzej; ) przynajmniej pszczoly w deszczu nie lataja...

po drodze pare piknych wodospadow (komus sie dostana na pocztowce; -) ) pogoda na zdjecia nie bardzo, szykuje aparat na Niagare, to w przyszlym tygodniu

Quebec, jak wyzej pisalem, stary malowniczy i wogole pikny, choc wystarczy zejsc z kilku ulic turystycznych zeby trafic wprost do miasta duchow... a moze to przez ten deszcz tak pusto - -...
niewazne zreszta, przystanek pierwszy pod parlamentem prowincji i pod fontanna po drugiej stronie ulicy (tak jakby juz nie bylo dosc mokro)
Potem taki WIEEELKI hotel i ufortyfikowane nabrzeza. Fortyfikacje zachowaly sie z czasow walk (jakzeby inaczej - -') i tu troche historii...

Quebec byl stolica tzw. Nowej Francji, czyli po prostu kolonii francuskiej w Ameryce polnocnej. Ale gdzies tak w polowie XVIII w nowych Francuzow wyrzneli nowi Brytyjczycy. Potem bylo juz spokojniej i wszyscy (do czasu, do czasu) zyli sobie w zgodzie, Quebec rozwinal sie (jak i reszta Kanady) w brytyjsko-francuskiej zupie kulturowej. Potem juz swiezoupieczonych Kanadyjczykow chcieli z Quebecu wyrznac Amerykanie, ale nic z tego nie wyszlo i tak juz zostalo. Mury obronne z rzedami armat staja po dzis dzien na pamiatke bohaterskich obroncow i takie tam... bla, bla, bla..,; ->
Cala ta bajke mozna zobaczyc w postaci fantastycznie zrobionego show z makietami i wogole xD

Zrobilo sie glodno wiec pora na jedzenie, w jakiejs przytulnej francuskiej knajpie: zupa jarzynowa (cos z przewaga marchwi) zeberka, mnostwo salaty i chipsy, ciastka z malinami i takie tam... mniam, mniam :D

powrot minal dosc spokojnie i jakos nie ma wiele do opisywania, moze tylko dodam ze taka "wycieczka" to jest dobre 7 godzin podrozy (!) wiec jutro, czy moze juz raczej dzisiaj, slodkie lenistwo...

aha... zdjecia TUTAJ
skomentuj (1)




2007-07-09 01:57:40 >> somewhere, over the ocean, in the Canada far, far away...

Czyli Cyran w Kanadzie!! jak on tam trafil? spytacie... otoz... nieszczesliwym dla Kanadyjczykow zrzadzeniem losu pojechal... to jest... polecial tam na wakacje, spedzic beztrosko cale trzy tygodnie... groza ]:->
Konnej policji jak na razie nie spotkalem, szoda, nalesniki z syropem klonowym takze przede mna a zjechac Niagara w beczce moze uda mi sie w przyszlym tygodniu, trzymajcie kciuki
;-)
jesli chodzi o pierwsze wrazenia w Kanadzie:
Kanada, jesli chodzi o zabudowe, to jak na Ameryke Polnocna jest zadziwiajaco plaska... pare wiezowcow w centrum Montrealu to wszystko z czego mozna skoczyc i miec pewnosc, ze zginie sie na miejscu...; -)
Nic zreszta dziwnego, miejsca jest tyle ze ped ku gorze niemial czasu sie rozwinac, Kanada to WIELKI kraj ^^.

Mnostwo wody! jeziora rzeki, baseny (calkiem sporo takich nieduzych basenow w ogrodkach). Ciekawe, ze wszystkie praktycznie sa swiete: Rzeka Sw Wawrzynca przechodzi w jezioro sw Ludwika ktore przechodzi w jezioro sw Franciszka itd... To wszystko stad ze prowincja Quebecu (ta w ktorej mieszkam) rozwinela sie glownie dzieki bogatemu klerowi... bla, bla, bla... bardzo religijny kraj, niezaleznie od tego, o ktorej religii mowa...

Zakupy, to dopiero mlyn! pomijajac fakt, ze zycie w Kanadzie jest cholernie drogie...
Wszystkie ceny podane sa bez wliczonego podatku, ktory i tak placicie w kasie... pol biedy, zawsze mozna sobie doliczyc, ale...

na wiekszosc produktow jest 15% na ksiazki gazety i takie tam 7% jedzenie surowe jest nieopodatkowane ale na wszelkie przetwory mamy znow 15%... bla, bla, bla...
jesli kupujemy na wage to mamy cene za kilogramy i za angielskie funty... zajebiscie... w funtach jest taniej, ale warto pamietac ze funt jest mniejszy zanim nas ktos natnie :/

no i wozki w supermarketach sa chyba jeszcze mniej zwrotne od naszych; -P

Wszystko jest tu cholernie daleko, bez samochodu nigdzie sie nie mozna ruszyc (slabo z komunikacja na obrzezach miasta) a benzyna jest... (no, zgadnijcie), no wlasnie, cholernie droga; -)

no ale zeby nie bylo ze tu tak zle; -) Montreal to miast festiwali!! festiwal za festiwalem i festiwal pogania wszystko to wprost na ulicy i, o dziwo, kompletnie za friko! no... :D

a wogole to wiecej napisze jak wiecej zobacze; -P
zdjecia nastepnym razem; -) lacznosc na gg (jak komus teskno) w godzinach... poznych, bo zyje tu w swiecie o 6 godzin wczesniejszym...
skomentuj (1)




2007-05-21 17:14:23 >> Bajka, nie koniecznie dla dzieci...

Bajka powstała jako totalny spontan ale postanowiłem ją tu wrzucić żebyście mieli przynajmniej coś do czytania... enjoy!
***
- Kto nie je nie pije, a chodzi i bije??
- zegar!
- pff... dresiarz!!

Dawno, dawno temu...
W pewnym królestwie, bardzo daleko stąd, żyła sobie nieśmiertelna magiczna królewna syrenka księżniczka ninja (którą dla skrótu będziemy nazywać księżniczką bądź królewną)
Żyła... a potem przestała.
Jak napisałby Kurt Vonnegut jr : „zdarza się”.
Śmierć królewny nie wszystkim się to spodobała, zwłaszcza, że było paru takich którym podobała się sama królewna. Fakt, że była martwa nie radował ich specjalnie. Jak zwykle w takich wypadkach ktoś wpadł na genialny pomysł: "wezwijmy maga!". No to wezwali...
Mag, przybył, obejrzał królewnę dokładnie, po czym stwierdził rzeczowo: "nie żyje, należy się 200 złotych monet za postawienie diagnozy".
Jak łatwo się domyślić mag skończył na stosie, a tym czasem, nad martwą królewną zaczynały gromadzić się muchy...
Szybko posłano po drugiego, który wiedząc o losie poprzednika stwierdził, że: „oczywiście, można ją ożywić, czemu nie, tylko że trzeba znaleźć parę niezbędnych artefaktów, których strzegą potwory”...drobnostka...
Radość była wielka, dopóki mag nie pokazał rycerzom podobizn potworów, z dokładnym opisem ich zwyczajów, charakteru pancerza i rzutów obronnych.
Po chwili namysłu rycerze stwierdzili, że jednak w sąsiednich królestwach też są królewny i się rozjechali. Zostało tylko dwóch śmiałków...
Śmiałkowie przygotowywali się do niebezpiecznej wyprawy, w tym czasie królewnę obłożono lodem, czarami ochronnymi oraz hojną dawką kremów regenerujących do skóry.
Rycerze chcąc być honorowymi, wylosowali między siebie potwory i rozjechali się.
Mijały dni, tygodnie...i tak dalej...
Na zamku panowała atmosfera wiecznej stypy, biesiadna sala pełna była pijanej szlachty, mag, jako odporny na działanie trunków, z nudów przystawiał się do dziewek kuchennych... Nagle gruchnęła wieść o powrocie obu rycerzy.
I tu pojawił się problem...
Który powinien otrzymać rękę królewny? Przecież obaj na nią zasługiwali...
Postanowiono, że „szczęśliwcy” rozstrzygną sprawę między sobą i przestano się tym zajmować. Rycerze nie chcieli sporu rozstrzygać walką, byli przyjaciółmi, siedzieli więc z zasępionymi minami i myśleli głęboko...
"na honor", mówili unisono...
Po chwili patrzyli na siebie...
- oczko!
- ...
- wygrałem!!
- łotrze!
- haha! Skisłeś!!
I tak by to trwało, gdyby nie wpadli na GENIALNY POMYSŁ....
Pomysł zawierał się w słowach: „najpierw ją ożywimy, a potem każemy jej wybierać któregoś z nas dwóch i zobaczymy co ona na to”.
Rozsądne, chciałoby się powiedzieć...
Z pomocą maga ożywiono królewnę, była zachwycona, dwór szalał z radości, a służba płakała po kątach.
Obaj śmiałkowie padli królewnie do nóg. Królewna, była już jakby mniej zachwycona...
„Patałachy, mam wybrać któregoś z was?, o losie!”, rzekła z czarującym uśmiechem.
Jako, że rycerze bardzo przypadli do gustu królewnie, za nic nie mogła się zdecydować...

A że rycerze bardzo się przyjaźnili, to w końcu któryś wstał i sobie poszedł...
...ale bajka nie mówi który... nie... wykreśl!!

do dupy z takim happy-endem ;)

Ale że to bajka, rozwiązanie się znalazło... nagle na scenie pojawił się mag. Stwierdził, że najchętniej to sklonował by królewnę, niestety klonowanie w królestwie było zakazane, a poza tym wymagało by zabicia paru innych potworów. Mag zaproponował więc aby znowelizować konstytucję królestwa i zezwolić na poligamię. Rada światłego męża wzbudziła w królestwie powszechny entuzjazm i prędko przystąpiono do dzieła.
No i mamy huczne wesele

KONIEC

Morał na koniec: „Nie ma to jak rozsądne prawodawstwo, wtedy wszyscy są szczęśliwi, pod warunkiem, że żyją w bajkowym królestwie.”

skomentuj (6)




2007-02-16 22:49:12 >> pościgi, kałuże oraz inne sprawy małe i duże

Biegniemy sobie i wdeptujemy w kałużę, chwilę potem ktoś, również biegnąc wdeptuje w nią, dokładnie w ten sam sposób... nieomylna oznaka pościgu!! (teoretycznie ścigający powinni być wyposażeni w pochodnie ale nie jest to regułą), i co teraz??
Wdepnięcie w następną kałużę nie rozwiązuje problemu, jak pozbyć się ścigających??
Jeśli jest jeden, rzucamy shurikenem.
Jeśli ścigających jest więcej, rzucamy odpowiednio większą liczbą shurikenów.
;-P
...Żartowałem, nie jest to następna notka na tę samą pierdolniętą modłę co poprzednia, ale jakiś wstęp zawsze się przyda. Skoro zaś pościgi i kałuże mamy już z głowy, pora na sprawy duże i małe, czy też może odwrotnie... ^^'
A więc sprawa pierwsza to wielka akcja wywrotowa!!
***
Wiem co zaraz powiecie, Cyran zwariował, tak, do reszty mu odwaliło i plecie głupoty. Ale nieeee! Naprawdę mam zamiar urządzić wielką (całkiem niedużą), akcję wywrotową (mniej więcej tak wywrotową jak ślimak na lodowisku), tak czy siak potrzebuję armii. Do armii potrzebuję ludzi!! (nieludzie też mogą być), oczywiście cała akcja jest niesłychanie tajna... więc wszelkie szczegóły u mnie na maila-> neo.cyran@wp.pl lub gadulca: 3239896 Mogę tu dodać, że przydadzą się osoby cierpliwe i w miare sprawne manualnie.
***
Na dziś chyba tyle, bądźcie przeklęci, i miłego dnia życzę ^^'
skomentuj (4)